Veroniki Dalakoura
Mylę niewytłumaczalne z boskim // Μπερδεύω το ανεξήγητο με το Θείο
I
NIEDZIELNY wieczór.
Ciemny las ze strzelistymi drzewami.
Słyszę jęki z niewidzialnych rdzeni
Myślę — tutaj kiedyś była łąka.
Mijamy bagno pełne błota.
W nim milczący zażywają swojej kąpieli
Nieskalani poddawani próbie
Wychwalają swego Boga.
Coś jeszcze pozostaje.
Stajemy przed zamkniętymi drzwiami
Próbie stawimy stanowczy opór
W przeciwnym razie nikt z nas stąd nie wyjdzie.
Dzieci podpierają je własnymi ciałami.
Poganiają nas,
„Szybko, widzą was!
Biegnijcie — otworzą się lada chwila”.
Obrzydzenie.
Wszystko puste (szturm?)
Pułapka czy wyjście
Budzę się z wielką trwogą.
II
NIC nie jest jasne w tej przychodni.
Deszcz zasnuwa szyby
Szepcą w rzeźni
W białkach ich oczu gromadzą się gąsienice
Wystrzeliwuje w kolejnym kroku
Kieruje się ku ogromnym równinom
Tam gdzie prawią o dniu onym
I kości lśnią rozsiane.
Mówię do siebie: Zwierzę nie prowadzi cię
Ani zielony wiatr ani popiół
Sól rzuć na zgliszcza
Tutaj nie ma miłości — powiedzą.
z tomu: Okrutny anielski ogień, 1997, tłum.: Leszek Paul