Zmartwychwstanie

 

Veroniki Dalakoura

Zmartwychwstanie

Rano zobaczyli eteryczny byt jak się unosi. Rozdzielenie czaiło się jednak w pobliżu – jaką potęgą jest wiarą niemowlęcą – spadła żywa w moje ramiona zrywając sznur. Nigdy nie byłam taką świadomie chrześcijanką, by nie brzydziły mnie kaskady smarków obmywające moją twarz. Bicie dzwonów i wielkanocne hymny przyświadczyły silną wolę. Czyż sójka ze swoim śpiewem nie pozwoliłyby mojej duszy spojrzeć na sprawy inaczej?
Na kasztanowcach dojrzał owoc lecz rym z tysiącem i dwoma sprzeciwami ciągnął nas do teatru spowiedzi.
Dla pazernej przestrzeni dwa pokoje to dużo, nic nie wystarcza.

Krótkowzroczna kara. Jeśli ty jesteś mną, to czego szukam w wymiarze, który ignoruję?

z tomu „26 Wierszy”, 2004, tłum.: Leszek Paul

Epilog

Veroniki Dalakoura

Epilog

(Migoczący płomień)

Widziałam go. Siedział na ławce w piwnicy, w zupełnych ciemnościach, poruszał górną częścią ciała, wpatrywał się w podłogę…Bez słowa. Pozostali, od czasu do czasu, patrzyli na niego ale ich uwaga skupiała się głównie na hałasie dobiegającym z zewnątrz; długą tę ciszę, co mogłaby trwać godzinami, przerywał rumor jakiegoś samolotu, gwizd jakiś, co napełniał ich trwogą.
Pomieszczenie było duże, kwadratowe. Cement, wapno i drewniane ławki dookoła, pośrodku gliniana miednica wypełniona wodą. Starali się odróżnić jakieś twarze, z chwilą gdy ich oczy przywykły do ciemności. Nie było istotne, by był to ktoś znajomy, wystarczyło spojrzenie, które cokolwiek przypominało, ulicę, piekarnię czy rynek.
Naprzeciw środkowej ławki, obok drzwi – po lewej jak się wchodzi – stał podłużny, drewniany stół z podniszczonymi rogami, porżniętym blatem, z dwoma połamanymi nogami. Po jednej jego stronie, tej zawsze niestabilnej (nieustannie kopany przez niespokojne nogi siedzących przy nim), na zdezelowanym krześle, siedziała, pochylona, powiedziałbyś odosobniona, źle ubrana kobieta, w trudnym do określenia wieku. Choć nikt nie mógł wyraźnie widzieć jej twarzy, słowem bowiem nie odzywała się do nikogo a gapienie się na innych nie było jej, inaczej niż dla pozostałych, ulubionym sposobem zabijania nudy, to jej obecność, już od pierwszego dnia zamknięcia, robiła na wszystkich wrażenie.
To gorzkie urzeczenie jej pięknem, które pomimo odoru wapna i coraz bardziej przenikającej wilgoci ciągle trwało, nadżerało to, co  jeszcze śmiałe, odważne i nieugięte  pozostało w tamtych głowach.

(1990)

z tomu „26 Wierszy”, 2004, tłum.: Leszek Paul

Widma

Veroniki Dalakoura

Widma

I

Teraz gdy śniłam o ukochanym
Gdy patrzy w bezkres wybielały
Jak jego własne kości
Uwierzytelniło się sfałszowanie zmysłu.

Mieczem są jego ostre zęby
Kiedy kładę rękę na otumanioną
Głowę
Więzi imadło rozmigotanych
Kłów.

Ojcze, wyswobodź z tego bólu
bliskiego twojemu kresowi.
Piękny dzień nocy.
Serce ustanawia prawo
Przenika z półrozwartymi ustami
Gotowe by ukąsić

opustoszałą ciągłość

II

To co pisane nie jest teatrem tak jak ja nie mam nic wspólnego z dramatem.
Zabije i jeden pocałunek jeśli miłość nie stanie się śmiercią, zwyczajną jak kroki zejścia.
Coś kieruje mnie do wolności: to dziecięcy strach przed skrzynią pełną bezsennej woli.
Pasma gór krzyżują się z paniką w ogrodzie zamieszkałym przez repetycję godną pożałowania. Nic nie przypomina zalanych słońcem popołudni. Czekam na ławce, naprzeciw Instytutu, pewna, to spotkanie będzie krytyczne. Nic nie odczuwam, gdy patrzę na gruzy mojego uwięzienia.
Skała nie ma nic wspólnego z rozżarzoną masą, apogeum wściekłości, tak długo jak trwa ta furia.
I gdy powoli żegna się z ciałem zamienia się w taniec, do którego prowadzą rozsierdzeni współmieszkańcy.

III

(Widmo miłości)

Widziałam moje czyny jak tańczą na plaży. Oto i miecz, oznajmiłam podstępowi. Nie chłostaj widma czarnych wód, nie zamykaj oczu w przejrzystej tafli nad zatopionym krajem. Nie wyrzekaj się języka, którym dawniej mówiono. Nie hołduj zawiei, ciemności ni suszy. W wodę podążaj za niebiańskim ojcem, który doznaje uczucia, gdy kryształowa trwoga wibruje.

z tomu „26 Wierszy”, 2004, tłum.: Leszek Paul

Śmiech

Veroniki Dalakoura

Śmiech

Na płycie nagrobnej nie odnotują przyczyny.
Rażąco biała jak ona, pofrunie ze skowytem, rozgrzebując żwir i zielsko. Wiosna się rozkruszy a cement straci swoją moc. (Rozłąka ta uczyni stratę solidnej przyczyny przesądzoną.)

To wszystko takie okrutne, okrutne i srogie. Szła do przodu nie odwracając głowy a ja podążałam za nią wzrokiem: jej plecy odbijały się w lustrze.

Niepokojąco nieczuła siostra niebieska wskazywała swą postawą jakże bezużyteczne jest zmęczenie i miłość.

z tomu „26 Wierszy”, 2004, tłum.: Leszek Paul