Niegdyś i Wtedy. Jedno i drugie — czasem jedna prawda jak kłamstwo.
Bez żadnej okoliczności łagodzącej pędem oddaliły nas od dopiero co.
Jednak bardziej winię Niegdyś. To ono przywiodło nas do bardziej chaotycznej ciągle odległej nieokreśloności tak bardzo że jednemu życie nie dane było zapatrzeć się w drugie
a ja też się oddaliłam tak bardzo że nie widzę czy jestem czyjaś nawet własnego ciała ciepłym wspomnieniem
Wyrzekam się Niegdyś Wtedy się oddaję łudzę się
że każde Wtedy jest bardzo blisko moich teraz jakby tylko dwa kroki miały dzielić „mam” od „straciłam”.
A skoro tak jest jeśli różnice tak gorąco są sobie bliskie jeśli ciągle kochają się „mam” ze „straciłam” —
to dlaczego więc nie trzymasz mnie już za rękę?
I ty, Prawdo — dlaczego tak kłamiesz? I ty, Nieprawdo — dlaczego nigdy prawdą się nie stajesz?
Coś powiedział ci deszcz, coś powiedział ci wrzesień, i twoje oblicze stało się przymgloną szybą, za którą może ktoś bez przeszkód niespodziewane miesiące spędzić…
Gdy znalazło mnie za oknem jak wróżę ciągłe twoje milczenie. Gdy gwałtowna scena rozegrała się mną pomiędzy a dokonanym. Gdy przeszłam do sąsiedniego pokoju i nazwałam to „ucieczką”.
I jeszcze wiele natarczywych razy cię wołało sześcioma ludowymi piosenkami na fortepian i na trudne popołudnie.
I jeszcze trzy razy — pełne żałoby — gdy tematy zmierzchały, i nazwałam twoje oczy „codziennymi popołudniami” a ciebie całego Niedzielą która zawsze jest trudna.
Po niebie jak na linii balansuje ogromna ciemność. I gdy w ramiona porywa mnie okno jedną ręką do środka pokoju wciągam ulicy niewiarygodną pustkę, drugą zagarniam garść obłoków i duszę swoją nimi obsiewam.
Wracam. Prawie wszystkie miejsca na powrót są wolne – iluż to powraca – przepełniony zawsze odjazd wielu odchodzi, wszyscy prawie.
Dużej szybkości nabiera pociąg szatkując wszystko co dała mi ta podróż twarze dopiero co pokochane zadziwiające uczucia, miejsca
cała w strachu melancholia ta obok że wypadnie z toru.
Ogólnie nie lubię mijać z bezbożną szybkością pól, obsianych, szczególnie nieużytków
martwię się że nie zdążę zapalić jedno spojrzenie w świętym stoicyzmie co okadzi mgłą jakąś odległą kapliczkę.
Zapalić jedno spojrzenie w nadżartych przez gryzoniowe opuszczenie ruderach i pokłonić się wyblakłym od deszczu i łez czasu nazwom stacji zaprzestanych
również by zdążyć przyjąć odległy dźwięk gwizdka pogłosu zawiadowcy.
Stacje zaprzestania.
I pociąg jakby zaczął tracić prędkość chcesz że z przyzwyczajenia chcesz że z szacunku do cienistych podróżnych być może zdążą.
Lecz nie. Nie spieszą się. Nie troszczą się o to cienie swoją obecnością nie raczą.
Dzieckiem z podwórka niebios ten dom. Wyniośle zbudowana tendencja przyziemienia na rozpostartych skrzydłach szczytu jak ambona by głosiło osłupienie poranną południową wieczorną ewangelię dnia.
Wychodzę na podwórko. Czeka na mnie lśniąca z siodłem lejcami uprzężą dzika wolność horyzontu by dosiąść ją i w galopie ujarzmić jej uwierzytelnienie. Ach, jedynie spojrzeniu i wizji udało się poskromić niematerialny ten narowisty podbój. Aroganckie mniemania bezchmurnego nieba spadają kruszą się bo przelotnie trwa Niezakłócenie.
Patrz jak o piędź potyka się ogrodzenie wokół działki. Niskie oswojone a jednak jeśli uważnie się przyjrzysz poczujesz jak dzieli moje dzień-dobry od dzień-dobry sąsiada całymi dniami granice w milczeniu podburza zbrojąc suche zielska przeciwko własnym braciom.
Wieczorem tylko, jednoczący zapach dziwaczków przekrada się przecinając je tu i tam w irracjonalnym świetle świetlików — świętojańskimi nazywaliśmy je gdy żyliśmy.
Ach, heroizmy ochotniczych snów niechlubne. Jaka to korzyść z zagrabienia dwóch piędzi księżycowego pyłu ciągle scheda zostawiona własnej ucieczce przez lato.
Dajmy im uczcić minutą wspólnie tym niepiśmiennym wdowom przedłużenia których prawo nie obejmuje
nawet jeśli nikt nie wie co w zanadrzu chowa dla nich jeszcze nadzieja.
(Lato, Platanos-Aigialeia)
z tomu: „Minutą wspólnie”, 1998, tłum.: Leszek Paul
I ja miałam do wynidź kilku z grobu lecz nie odrzekli mi czy chcą.
Jak odrzec mają donosiciela zostawiłeś zaszpachlowane światło wokół.
A zresztą po co ich pytasz czy chcą. Cud nie pyta. Za ucho chwyta ciągnąc wyrzuca cię w światło. Radujesz cię oczywiście z olśnienia, nie przeczę choć w środku żre cię robak zmartwienie by i cuda nie były nieśmiertelne.
Obywatelami przeto lepiej tam gwoli niedzielenia raz drugi pustego ich łoża.
z tomu: „Minutą wspólnie”, 1998, tłum.: Leszek Paul
Because these wings are no longer wings to fly -T.S.Eliot
Idę i zmierzcha. Decyduję i zmierzcha. Nie, nie jestem smutna.
Byłam dociekliwa i pilna. Znam się na wszystkim. Trochę na wszystkim. Znam imiona kwiatów gdy więdną, wiem kiedy zielenią się słowa i kiedy marzniemy. Jak łatwo przekręcić w kłódce uczuć dowolnym kluczem zapomnienia. Nie, nie jestem smutna.
Przeszłam przez deszczowe dni wezbrałam za tą kolczastą siatką wody cierpliwie i niezauważalnie, tak jak ból drzew gdy porzuca je ostatni liść, jak strach nieustraszonych. Nie, nie jestem smutna.
Przeszłam przez ogrody, zatrzymałam się przy fontannach widziałam wiele posążków śmiejących się do niewidocznych powodów radości. I małe zadufane amorki. Ich napięte łuki półksiężycem wzeszły moimi nocami i rozmarzyłam się. Widziałam liczne i piękne sny i widziałam jak się w nich zatracam. Nie, nie jestem smutna.
Wędrowałam wiele między uczuciami własnymi i innych, wolne miejsce zostawało zawsze między nimi by przejść mógł rozłożysty czas. Koło poczt przeszłam i ponownie przeszłam. Listy napisałam i ponownie napisałam i bez trudu do boga odpowiedzi się modliłam. Krótkie kartki przychodziły: serdeczne pożegnania z Patry i jeszcze jakieś pozdrowienia od wieży w Pizie która się chyli. Nie, nie jestem smutna, że dzień się chyli.
Dużo mówiłam. Do ludzi, latarni i zdjęć. I dużo do łańcuchów. Nauczyłam się ręce czytać i tracić ręce. Nie, nie jestem smutna.
Podróżowałam rzecz jasna. Byłam to tu to tam… Wszędzie gotowy świat by się zestarzeć.
Straciłam trochę tego, trochę tamtego. I na ostrożności w sobie straciłam i na nieuwadze swojej. Nad morze też poszłam. Przestronność mi się należała. Powiedzmy, że ją sobie wzięłam. Wystraszyłam się samotności więc ludzi wymyśliłam. Widziałam jak jedni padają od ręki cichego pyłu, co promień słońca przecina, inni od dźwięku dzwonka maleńkiego. I grzmotem dzwonów rozdzwoniłam ortodoksyjnej pustyni. Nie, nie jestem smutna.
Rozgorzałam i stliłam się. Rutyny księżyców też mi nie zabrakło. Ich kres nad morzem i ponad spojrzeniem, mroczny, mnie wyostrzył. Nie, nie jestem smutna.
Tak jak tylko mogłam opór stawiałam rzece tej wezbranej by mnie nie porwała, i tak jak tylko to było możliwe wodę wymyśliłam w suchych korytach i dałam się porwać.
Nie, nie jestem smutna. Noc o właściwej porze przychodzi.
.
z tomu: „Trochość świata”, 1971, tłum.:Leszek Paul