Skrupulatności

Kiki Dimoula

Skrupulatności / ΣΧΟΛΑΣΤΙΚΟΤΗΤΕΣ

Niegdyś i Wtedy.
Jedno i drugie — czasem
jedna prawda jak kłamstwo.

Bez żadnej okoliczności łagodzącej
pędem oddaliły nas
od dopiero co.

Jednak bardziej winię Niegdyś.
To ono przywiodło nas
do bardziej chaotycznej ciągle odległej nieokreśloności
tak bardzo że jednemu życie nie dane było
zapatrzeć się w drugie

a ja też się oddaliłam
tak bardzo że nie widzę czy jestem czyjaś
nawet własnego ciała
ciepłym wspomnieniem

Wyrzekam się Niegdyś
Wtedy się oddaję łudzę się

że każde Wtedy
jest bardzo blisko moich teraz
jakby tylko dwa kroki miały dzielić
„mam” od „straciłam”.

A skoro tak jest
jeśli różnice tak gorąco są sobie bliskie
jeśli ciągle kochają się „mam” ze „straciłam” —

to dlaczego więc
nie trzymasz mnie już za rękę?

I ty, Prawdo — dlaczego tak kłamiesz?
I ty, Nieprawdo — dlaczego nigdy prawdą się nie stajesz?

Niedzielne popołudnie

Kiki Dimoula

Niedzielne popołudnie
Κυριακή απόγευμα

Wiele razy szukało cię popołudnie:

Gdy znalazło mnie za oknem
jak wróżę ciągłe twoje milczenie.
Gdy gwałtowna scena rozegrała się
mną pomiędzy a dokonanym.
Gdy przeszłam do sąsiedniego pokoju
i nazwałam to „ucieczką”.

I jeszcze wiele natarczywych razy cię wołało
sześcioma ludowymi piosenkami
na fortepian
i na trudne popołudnie.

I jeszcze trzy razy — pełne żałoby —
gdy tematy zmierzchały,
i nazwałam twoje oczy
„codziennymi popołudniami”
a ciebie całego Niedzielą
która zawsze jest trudna.

Zakazane substancje

Kiki Dimoula

Zakazane substancje /ΑΠΑΓΟΡΕΥΜΕΝΕΣ ΟΥΣΙΕΣ

Wieczór
pomimo swojej uprzejmej temperatury
popychał październik pospiesznie
ku jego końcowi.

Siedzieli też i inni lękliwi na zewnątrz
każdego strach
nie łatwo rozstaje się
z łagodnym tamtym preludium chłodu
widzisz ja też omijałam
twój północny klimat
letnim prawie nastawieniem.

Marzniesz?
Nie, gorąco debatujemy
jakże czarne maluje morze
nieobecność gwiazd

twój sok pomarańczowy siedział
daleko od mojej kawy
i zupełnie bez związku
szepnąłeś
miłość umiera zanim zdąży się zestarzeć

nie dosłyszałam
przyciągnąłeś bliżej swoje krzesło
tak gwałtownie że jego metalowa noga
zakleszczyła się w myśli mojej nogi

i jakiś podejrzany ból rozbłysnął
pozaziemski życzliwie pusty

oczywiste
to ty Boże wlałeś mi
z góry z ukrycia i zakazanie
kpinę do kawy.

z tomu “Przeprowadziliśmy się ościennie”, 2007, tłum.: Leszek Paul

Uważaj

Kiki Dimoula

Uważaj / Πρόσεχε

Kiedy nakrywasz do stołu
zanim usiądziesz
sprawdź dokładnie
krzesło naprzeciw ciebie

czy solidne może skrzypi
może szczerby się wyrobiły
może złącza zżarte
czy szkieletu nie podkopuje
robak

bo ten który nie siedzi
z każdym dniem staje się cięższy.

z tomu “Przeprowadziliśmy się ościennie”, 2007, tłum.: Leszek Paul

Melancholia

Kiki Dimoula

Melancholia

Po niebie jak na linii balansuje ogromna ciemność.
I gdy w ramiona porywa mnie okno
jedną ręką
do środka pokoju wciągam
ulicy niewiarygodną pustkę,
drugą zagarniam
garść obłoków
i duszę swoją nimi obsiewam.

z tomu: “Ereb”, 1956, tłum.: Leszek Paul

W pociągu

Kiki Dimoula

W pociągu

Wracam.
Prawie wszystkie miejsca na powrót
są wolne – iluż to powraca –
przepełniony zawsze odjazd
wielu odchodzi, wszyscy prawie.

Dużej szybkości nabiera pociąg
szatkując wszystko co dała mi ta podróż
twarze dopiero co pokochane
zadziwiające uczucia, miejsca

cała w strachu melancholia ta obok
że wypadnie z toru.

Ogólnie nie lubię mijać
z bezbożną szybkością
pól, obsianych, szczególnie nieużytków

martwię się że nie zdążę
zapalić jedno spojrzenie
w świętym stoicyzmie co okadzi
mgłą jakąś odległą kapliczkę.

Zapalić jedno spojrzenie
w nadżartych przez gryzoniowe
opuszczenie ruderach i pokłonić się
wyblakłym od deszczu
i łez czasu
nazwom stacji zaprzestanych

również by zdążyć przyjąć
odległy dźwięk gwizdka
pogłosu zawiadowcy.

Stacje zaprzestania.

I pociąg jakby zaczął tracić prędkość
chcesz że z przyzwyczajenia chcesz że z szacunku
do cienistych podróżnych
być może zdążą.

Lecz nie.
Nie spieszą się.
Nie troszczą się o to
cienie
swoją obecnością nie raczą.

Wsiąść do zaprzestania?

z tomu: “Średnik”, 2016, tłum.: Leszek Paul

Minutą wspólnie

Kiki Dimoula

Minutą wspólnie

Dzieckiem z podwórka niebios ten dom.
Wyniośle zbudowana tendencja przyziemienia
na rozpostartych skrzydłach szczytu
jak ambona by głosiło osłupienie
poranną południową wieczorną ewangelię dnia.

Wychodzę na podwórko. Czeka na mnie lśniąca
z siodłem lejcami uprzężą dzika wolność horyzontu
by dosiąść ją i w galopie ujarzmić jej uwierzytelnienie.
Ach, jedynie spojrzeniu i wizji udało się poskromić
niematerialny ten narowisty podbój.
Aroganckie mniemania bezchmurnego nieba spadają kruszą się
bo przelotnie trwa Niezakłócenie.

Patrz jak o piędź potyka się ogrodzenie
wokół działki. Niskie oswojone a jednak
jeśli uważnie się przyjrzysz poczujesz jak dzieli
moje dzień-dobry od dzień-dobry sąsiada
całymi dniami granice w milczeniu podburza
zbrojąc suche zielska przeciwko własnym braciom.

Wieczorem tylko, jednoczący zapach dziwaczków
przekrada się przecinając je tu i tam
w irracjonalnym świetle świetlików
— świętojańskimi nazywaliśmy je gdy żyliśmy.

Ach, heroizmy ochotniczych snów niechlubne.
Jaka to korzyść z zagrabienia
dwóch piędzi księżycowego pyłu ciągle
scheda zostawiona własnej ucieczce przez lato.

Dajmy im uczcić minutą wspólnie
tym niepiśmiennym wdowom przedłużenia
których prawo nie obejmuje

nawet jeśli nikt nie wie
co w zanadrzu chowa dla nich jeszcze nadzieja.

(Lato, Platanos-Aigialeia)

z tomu: „Minutą wspólnie”, 1998, tłum.: Leszek Paul

Bez wyjątku

 

Kiki Dimoula

Bez wyjątku / ΜΗΔΕΝΟΣ ΕΞΑΙΡΟΥΜΕΝΟΥ

Jakże aspołeczne są senne marzenia.
Żadnych przyjaźni żadnych więzi
gdy tylko nas zobaczą gasną
jak iskra wystawiona na burzę.

Lęk przed ludźmi?
Być może zraniona duma
bo pracują tam na dole
w kopalniach straconych okazji.

Widzisz, one też
miały kiedyś inne sny.

z tomu: “Przeprowadziliśmy się ościennie”, 2007, tłum.:Leszek Paul

Sobota Łazarza

 

Kiki Dimoula

Sobota Łazarza / Του Λαζάρου

Pochmurna siąpawica dnia.
Nieroztropne dzwony jakieś ochlapują
spoczynek Łazarza, by wyszedł.
Zaszpachlowane światło wokół.

I ja miałam do wynidź kilku z grobu
lecz nie odrzekli mi czy chcą.

Jak odrzec mają
donosiciela zostawiłeś zaszpachlowane
światło wokół.

A zresztą po co ich pytasz czy chcą.
Cud nie pyta.
Za ucho chwyta
ciągnąc wyrzuca cię w światło.
Radujesz cię oczywiście z olśnienia, nie przeczę
choć w środku żre cię robak zmartwienie
by i cuda nie były nieśmiertelne.

Obywatelami przeto lepiej tam
gwoli niedzielenia raz drugi
pustego ich łoża.

z tomu: „Minutą wspólnie”, 1998,  tłum.: Leszek Paul