Liczba mnoga

Kiki Dimoula

Liczba mnoga

 

Miłość,
rzeczownik,
bardzo rzeczowy,
liczba pojedyncza,
rodzaj ani żeński ani męski,
rodzaj bezbronny.
Liczba mnoga
bezbronne miłości.

Lęk,
rzeczownik,
na początku liczba pojedyncza
później mnoga:
lęki.
Lęki
od tej chwili o wszystko.

Pamięć,
określenie główne smutków,
liczba pojedyncza,
tylko pojedyncza
i nieodmienna.
Pamięć, pamięć, pamięć.

Noc,
rzeczownik,
rodzaj żeński,
liczba pojedyncza.
Liczba mnoga
noce.
Noce, od tej chwili noce.

z tomu:„Trochość świata", 1971
tłum.:Leszek Paul

Zapomnienia okres dojrzewania

 

Kiki Dimoula

Zapomnienia okres dojrzewania

 

Czekam chwilę
niech ściemnią się różnice i obojętności
i otwieram okna. Nic pilnego
robię to po to by się ruch nie wypaczył.
Głową pożyczoną od mojej byłej ciekawości
kręcę. Właściwie to nie kręcę.
Dobry wieczór usłużnie mówię wszystkim tym pochlebcą
lęku, gwiazdom. Nie, właściwie nie mówię dobry wieczór.
Mocuję spojrzeniową przędzą
srebrne guziczki odległości
niektóre się już odpruły drżą i zaraz spadną.
Nic pilnego. Robię to tylko po to, by odległości
okazać wdzięczność za jej ofertę.

Gdyby nie było odległości
zmarniały by odległe podróże
na skuterze przywożono by nam do domu jak pizzę
wszechświat, na który taki apetyt miała nasza ucieczka.
Jak pijawka przyssana do grzbietu
młodości byłaby starość
babcia wołały by mnie od mojego świtu
i wnuki moje i moja namiętność.
A gwiazdy? czym byłyby
bez wsparcia odległości.
Jakimiś ziemskimi srebrami świecznikami popielniczkami
do których kopcące jak smok bogactwo strząsałoby popiół
a podziw inwestował swoje przeszacowanie.

Gdyby nie było odległości
na ty zwracałaby się do nas tęsknota.
Nieliczne teraz wstydliwe jej spotkania
z naszą mnogości potrzebą
fatalistycznie nasiąkłyby
ulicznym językiem pospolitości.

Oczywiste, bez odległości
odległą gwiazdą nie byłby ten ktoś bliski
na zbliżenia przychodziłby pierwszorzędne
tylko dwa kroki dzieliły by sny
od jego zarysu.
Podobnie tuż przy nas pozostawałaby
duszy ostateczny odwrót.
Po co ta cała włóczęga. Puste
miejsce jest przecież. Zejść żyć moglibyśmy
do piwnicy – naszego ciała
a dusza z swoim mitem i jego bambetlami
transmigrowałaby do bytu.

Odległości, gdyby nie było ciebie
łatwiej dużo by przeszło
dużo szybciej w ciągu jednej nocy zaledwie zapomnienie
trudne przewlekle swoje dojrzewanie
to które dla eufonii nazywamy pamięcią.

Właściwie to nie pamięć. Mocuję
spojrzeniową przędzą podobieństwa
odpruły się drżą i zaraz spadną.
Właściwie to nie mocuję. Usłużnie kręcę się
wokół tych pochlebców czasu
których dla zwięzłości nazwałam pamięcią.
Właściwie to nie pamięć. Dostarczam spadającym gwiazdom
przedłużone unicestwieniem. To pilne.

 

z tomu „Zapomnienia okres dojrzewania”, 1994
tłum.: Leszek Paul

Wrogie pojednanie

 

Kiki Dimoula

Wrogie pojednanie

 

Bielsze wydają mi się twoje włosy dziś
gdy skołowaciała czeszę je myślami.

Co ci się stało? Wielość fotografii cię postarzyła
czy nagadała ci na mnie
moja zjadliwa wina.

Zawzięta powódka.
A przecież to ona nauczyła mnie być tak rozrzutnie winną.
Winną nawet że drzewo od ognia się zajmuje
ogień od wody gaśnie albo nasycenia
winną że dzień jedynie jeden dzień żyje
że świergot jest przywilejem ptaków
że młodość na koniec nie przychodzi
ale wtedy na początek
wtedy gdy sami z siebie jesteśmy tacy młodzi.

Nie słuchaj jej, ja nie żyję, drepczę tam i z powrotem
moje fale rzucają mnie na fale moje.
Nie żyję, wypielam: wir z wirów.
Zostawię go czystym, gotowym dla następnych.

Regularnie płacę składki, ślepo służę temu
mrocznemu zaklęciu – zaklęcie alchemiczne – mieszam
wrzenie jego potęgi.
Zioła parzy z głębokich
korzeni życia i z korzeni abiotycznych.
Witaminy ślepej kontynuacji.

Niestrudzoność piszą nalepki na flakonach
To nie niestrudzoność. To pojednanie
wrogie między życiem a jego brakiem.

Ślepym czeladnikiem zaklęcia tego jestem.
Wędrownym bólem odurza ból
nieznośny. I czego więcej chcesz czego więcej
to on molestuje
te w czerni matki by żyły
by żyły by żyły aż do głębokiej starości
grobu własnych dzieci.

On sam odurzył mnie
tej pierwszej nocy gdy poznałam
twą pustą poduszkę
by razem z nią spać.
I spałam głęboko
błogo od czasu do czasu rozdrażniona w znany mi już sposób
jakby gdzieś obok ciągle trwała całonocna
heca kołysanka
którą zrzędliwy mój słuch urządzał
twojemu delikatnie tkanemu chrapaniu
– bynajmniej traciłeś powietrze.

Spałam.
I na pewno o tym doniosła ci
moja pełna jadu wina.

 

z tomu "Zdroweś Nigdy", 1988
tłum.:Leszek Paul