Dziewczynka z zapałkami

Kiki Dimoula

Dziewczynka z zapałkami

 

Noworoczna późna godzina
psa z kulawą nogą.
Jedynie szarość stara
nowego roku.

Drżą z zimna
skrzyżowania i kąty
przytulone by ogrzać się trochę
do z ojczyzny obcej
wędrownych kwiaciarzy

bukiety zakutane
w ponury papier
taniocha
przystrojona wokół dziurkami
od autodydaktycznych nożyczek

tak jak my gdy dziećmi będąc
łaknącymi wzorów
równe w złożonej gazecie
wycinaliśmy kwadraciki
to jak po jej rozłożeniu
jakże radosne jakże rytmiczne, jakże symetrycznie
okienka na oścież otwierała nam przyszłość.

Wieczór noworoczny
psa z kulawą nogą
jedynie wielkie szare zamknięte okna
i biedna plucha co żebrze o śnieg.

z tomu "Przeprowadziliśmy się ościennie", 2007
tłum.: Leszek Paul

Wiatr tym targa

Aristea Papaleksandrou

Wiatr tym targa

 

Ten człowiek
na oślep pnie się
po szklanej drabinie
Rewolwer trzyma czarny
w powietrze strzela
chmurom się odgraża
niech spadnie śnieg
Gołym okiem zwyczajnie
go nie widzisz
Ukartowały go chore
oczy krótkowzrocznych
Zjawa powiesz
w próżni wiatrów

Po czym…Oto i on z krwi i kości
siedzący w zarządach
Porządek Dzienny
jesteś tam i ty
wzór wybawienia
Woła byś pnął się po schodach
drżysz…wiatr tobą targa
Zapierasz się
I gdy masz już nogę postawić
na pierwszym stopniu przytomniejesz
Ostrość 10/10
jeden krok przepaść
prawda
przed tobą

 

z tomu „Mija nas”, 2015
tłum.:Leszek Paul

Grudzień

Veroniki Dalakoura

Grudzień

 

Niektórzy poeci piszą pobudzani własną goryczą – mając na uwadze jedynie namiętność czułego serca.

Tak więc pojęłam, że i Cortes był jednym z tych zrozpaczonych poetów, ponieważ zaraz po zdobyciu Zempoala rozkazał zniszczyć wszystkie posągi kochanych bogów, płacząc w ramionach jakiejś miłośnicy, nie wiedząc jednak, że należy do boskiego – tak – rodu.

Lecz zostawmy te mity. Otwórzmy dłonie i zobaczmy linie święta lub wigilii żalu. Kroczmy z pokornym spojrzeniem, które przystoi uczniom kochania i tym, którzy potrafią dostrzec nadchodzącą namiętność. Ta zima, właśnie ta zima będzie pełna klarnetów w kolorze naszych dłoni, co podróżowały.

z tomu „Schyłek erotyzmu”, 1976
tłum.: Leszek Paul

Epilog

 

Veroniki Dalakoura

Epilog

(Migoczący płomień)

Widziałam go. Siedział na ławce w piwnicy, w zupełnych ciemnościach, poruszał górną częścią ciała, wpatrywał się w podłogę…Bez słowa. Pozostali, od czasu do czasu, patrzyli na niego ale ich uwaga skupiała się głównie na hałasie dobiegającym z zewnątrz; długą tę ciszę, co mogłaby trwać godzinami, przerywał rumor jakiegoś samolotu, gwizd jakiś, co napełniał ich trwogą.
Pomieszczenie było duże, kwadratowe. Cement, wapno i drewniane ławki dookoła, pośrodku gliniana miednica wypełniona wodą. Starali się odróżnić jakieś twarze, z chwilą gdy ich oczy przywykły do ciemności. Nie było istotne, by był to ktoś znajomy, wystarczyło spojrzenie, które cokolwiek przypominało, ulicę, piekarnię czy rynek.
Naprzeciw środkowej ławki, obok drzwi – po lewej jak się wchodzi – stał podłużny, drewniany stół z podniszczonymi rogami, porżniętym blatem, z dwoma połamanymi nogami. Po jednej jego stronie, tej zawsze niestabilnej (nieustannie kopany przez niespokojne nogi siedzących przy nim), na zdezelowanym krześle, siedziała, pochylona, powiedziałbyś odosobniona, źle ubrana kobieta, w trudnym do określenia wieku. Choć nikt nie mógł wyraźnie widzieć jej twarzy, słowem bowiem nie odzywała się do nikogo a gapienie się na innych nie było jej, inaczej niż dla pozostałych, ulubionym sposobem zabijania nudy, to jej obecność, już od pierwszego dnia zamknięcia, robiła na wszystkich wrażenie.
To gorzkie urzeczenie jej pięknem, które pomimo odoru wapna i coraz bardziej przenikającej wilgoci ciągle trwało, nadżerało to, co  jeszcze śmiałe, odważne i nieugięte  pozostało w tamtych głowach.

(1990)

z tomu „26 Wierszy”, 2004 
tłum.: Leszek Paul

 

 

 

Demetra

Veroniki Dalakoura

Demetra

 

Strapiony mówię do was z oblężonego miasta. Niewinna córka prawą nogę swoją pochowała w kwiatach i w łzach, co suknię zmoczyły. Śpi teraz i czarny kochanek trzyma jej dłoń jako znak bezmiernego jarzma. Jakże kochaliście mnie, jakże kochało mnie to jaskółcze gniazdo, że odpowiadało na imię Aurora Borealis!
(Znalazłem ją w ciele, co łez więcej nie ma już, przekląłem bowiem zarówno wszelkie cnoty jak i wielorakie nieba).

z tomu „Schyłek erotyzmu”, 1976
tłum.: Leszek Paul

Liczba mnoga

Kiki Dimoula

Liczba mnoga

 

Miłość,
rzeczownik,
bardzo rzeczowy,
liczba pojedyncza,
rodzaj ani żeński ani męski,
rodzaj bezbronny.
Liczba mnoga
bezbronne miłości.

Lęk,
rzeczownik,
na początku liczba pojedyncza
później mnoga:
lęki.
Lęki
od tej chwili o wszystko.

Pamięć,
określenie główne smutków,
liczba pojedyncza,
tylko pojedyncza
i nieodmienna.
Pamięć, pamięć, pamięć.

Noc,
rzeczownik,
rodzaj żeński,
liczba pojedyncza.
Liczba mnoga
noce.
Noce, od tej chwili noce.

z tomu:„Trochość świata", 1971
tłum.:Leszek Paul

Cykada

Katerina Angelaki-Rooke

Cykada

 

Tysiące piosenek lata, jedna za drugą, ciśnie się we mnie. Otwieram usta i w moim żarze próbuję je jakoś poukładać. Śpiewam. Okropnie. Lecz to dzięki nim odróżniam się od kory i innych niemych tub przyrody. Skromne moje przyodzienie – szarości i wapienne biele – wyklucza jakiekolwiek ekscesy zmysłów; tak więc odcięty od corocznych, jazgotliwych festynów, śpiewam. Wiosna, Wielkanocy i cyklamenów nie znam. Jedyne zmartwychwstanie, które znam, to wtedy, gdy łagodny powiew nieznośny żar mojego życia studzi. Wtedy przestaję zawodzić – śpiewać – jak sądzi cały świat, bo cud rześkiego powiewu głęboko we mnie, znaczy dla mnie więcej, niż wszystko to co tworzę, by nie umrzeć od żaru.

z tomu „Przeciwstawna miłość”,1982  
tłum.:Leszek Paul

Inna Penelopa

 

Katerina Angelaki-Rooke

Inna Penelopa

 

Spomiędzy drzew oliwnych nadchodzi Penelopa
włosy niedbale związane
w sukience z bazaru
granatowa w białe kwiatuszki.
Wyjaśnia nam, że to nie z przywiązania do idei „Odyseusz”
kazała zalotnikom
czekać latami na podwórzu
tajemnych rytuałów własnego ciała.

Tu w tym pałacu na wyspie
ze sztucznymi horyzontami
słodkiej miłości
z ptakiem w oknie, który
chwyta jedynie to, ten bezkres
namalowała barwami natury
portret kochania.
Siedzący, noga na nodze
kubek kawy w ręku
ranny ptaszek, trochę nadąsany, trochę uśmiechnięty
wyłania się, ciepły jeszcze, z puchu snu.
Jego cień na ścianie
ślad po meblu, które właśnie uniesiono
krew po antycznym zabójstwie
Karagiozisa osamotniony występ
na płótnie, a za nim zawsze ból.
Nieodłączni eros i ból
jak wiaderko i brzdąc w piaskownicy
jak „och!” i kryształ co wysuwa się z rąk
zielona mucha i zwierzę co padło
ziemia i łopata­
nagie ciało i prześcieradło w lipcu.

I słucha teraz Penelopa
ponętnej muzyki strachu
perkusji rezygnacji
słodkiego śpiewu spokojnego dnia
bez gwałtownych zmian tempa i tonacji
zagmatwanych akordów
dozgonnej wdzięczności
za to co się nie wydarzyło, nie zostało powiedziane, nie jest do wypowiedzenia
ruchem głowy nie, nie, nie, odrzuca Penelopa następną miłość
nie dla kolejnych słów i szeptów
dotknięć i ukąszeń
jęczenia w ciemnościach
zapachu ciała płonącego w świetle.
Ból był tym wybranym zalotnikiem
i jemu zatrzasnęła drzwi.

z tomu „Piękną pustynią ciało”, 1996
tłum.: Leszek Paul

Widma

 

Veroniki Dalakoura

Widma

 

I

Teraz gdy śniłam o ukochanym
Gdy patrzy w bezkres wybielały
Jak jego własne kości
Uwierzytelniło się sfałszowanie zmysłu.

Mieczem są jego ostre zęby
Kiedy kładę rękę na otumanioną
Głowę
Więzi imadło rozmigotanych
Kłów.

Ojcze, wyswobodź z tego bólu
bliskiego twojemu kresowi.
Piękny dzień nocy.
Serce ustanawia prawo
Przenika z półrozwartymi ustami
Gotowe by ukąsić

opustoszałą ciągłość

 

II

To co pisane nie jest teatrem tak jak ja nie mam nic wspólnego z dramatem.
Zabije i jeden pocałunek jeśli miłość nie stanie się śmiercią, zwyczajną jak kroki zejścia.
Coś kieruje mnie do wolności: to dziecięcy strach przed skrzynią pełną bezsennej woli.
Pasma gór krzyżują się z paniką w ogrodzie zamieszkałym przez repetycję godną pożałowania. Nic nie przypomina zalanych słońcem popołudni. Czekam na ławce, naprzeciw Instytutu, pewna, to spotkanie będzie krytyczne. Nic nie odczuwam, gdy patrzę na gruzy mojego uwięzienia.
Skała nie ma nic wspólnego z rozżarzoną masą, apogeum wściekłości, tak długo jak trwa ta furia.
I gdy powoli żegna się z ciałem zamienia się w taniec, do którego prowadzą rozsierdzeni współmieszkańcy.

 

III

(Widmo miłości)

Widziałam moje czyny jak tańczą na plaży. Oto i miecz, oznajmiłam podstępowi. Nie chłostaj widma czarnych wód, nie zamykaj oczu w przejrzystej tafli nad zatopionym krajem. Nie wyrzekaj się języka, którym dawniej mówiono. Nie hołduj zawiei, ciemności ni suszy. W wodę podążaj za niebiańskim ojcem, który doznaje uczucia, gdy kryształowa trwoga wibruje.

 

z tomu „26 Wierszy”, 2004, 
tłum.: Leszek Paul

Śmiech

 

Veroniki Dalakoura

Śmiech

 

Na płycie nagrobnej nie odnotują przyczyny.
Rażąco biała jak ona, pofrunie ze skowytem, rozgrzebując żwir i zielsko. Wiosna się rozkruszy a cement straci swoją moc. (Rozłąka ta uczyni stratę solidnej przyczyny przesądzoną.)

To wszystko takie okrutne, okrutne i srogie. Szła do przodu nie odwracając głowy a ja podążałam za nią wzrokiem: jej plecy odbijały się w lustrze.

Niepokojąco nieczuła siostra niebieska wskazywała swą postawą jakże bezużyteczne jest zmęczenie i miłość.

 

z tomu „26 Wierszy”, 2004, 
tłum.: Leszek Paul