Możemy i my domowym sposobem powiększyć małe znaczenie zdjęcia
Tak obcy mi jesteś jak ciało snów jak dotyk jego. Znam cię jedynie gdy w ręce wpadnie mi jakieś twoje zdjęcie twoje spojrzenie wspinało się po trapie statku rozpięta kurtka falowała zwrócona ku odejściu zdjęcie małego rozmiaru do paszportu od piersi w górę. Mniejszy od połowy a patrz jak zaokrętowałeś się w mojej myśli totalną podróżą.
z tomu “Przeprowadziliśmy się ościennie”, 2007, tłum.: Leszek Paul
Ostateczne Zdrowaśki wieczorem nieskończone moje które ci posyłam i zdroweś zdroweś na cześć nieprawdopodobnego boska gorliwość niech ci przekaże.
Mdlejąc spadają fiołki od uścisku łaskawej pogody to uwierzytelnienie od roku ich nie widziała.
Zdrowaś ciągłości kwiatów w planowym waszym powrocie zdrowaś ciągłości niepowrotu pieczę sprawowałaś dosłownie nad martwymi. Zdrowyś ciemności uścisku co uznajesz to uwierzytelnienie ostatni raz cię widział nim się narodziłeś. Zdrowaś twoich oczu przed otwarciem trwogo zdrowaś łaski pełna obietnico beznadziei że spojrzenie twoje odważy kiedyś się ponownie na moje pełne lęku otworzyć. Zdrowaś twoich oczu trwogo przed otwarciem wstęp wolny pamięci niech ma niech przychodzi oglądać je kiedy tylko zechce jutrzeńka dnia straconego.
A tobie świecie co poniżasz się by żyć tak długo jak traf ciebie wymaga by cierpienia owocowały twoją żyzną wytrzymałością, co upokarzasz się by żyć dla jednego marnego dobry wieczór co rzuci ci podczas swej wędrówki brzuchomówca księżyc w pełni co mam ci powiedzieć? Bądź pozdrowiony i ty.
————————————————————
*“jutrzeńka dnia straconego” (αὐγὴ χαμένης μέρας) – zmieniony przez K. D. cytat z akatystu: „Jutrzeńko dzień zbawienny znacząca” (tłumaczenie na język polski z roku 1792 przez unickiego księdza Tymoteusza Szczurowskiego).
Żal mi gospodyń gdy tak się trudzą każdego ranka usuwać z domu kurz, kurz, ostateczne ciało bezcielesności. Miotły zmiotki odkurzacze miotełki ściereczki szmaty pajace hałasy ekwilibrystyczne style biczem spadają ruchy na udomowiony kurz. Każdego ranka balkony i okna amputują czynność i ekscytację; odcięte głowy podskakują jak jojo ręce wystają i wiją się z bólu jakby je coś szlachtowało od środka połamane ciał połówki, przepiłowane schyleniem. Kolejne łamanie Kompletności. Nieustannie się łamie, nawet zanim zaistnieje się kruszy tak jakby to było dla niej właściwie celem by nie być. Kompletne życie mówi ci ktoś.
Od kiedy to kompletne połamaną miarą którą trzymacie mierzymy? Godna pożałowania Kompletność. Korpulentna włóczy się postrzelona. Wariatka wołają za nią zubożałe wielkości.
Trzep trzep niech kurz wyjdzie ze szpar niech wyjdzie z głębokich gniazd snu, prześcieradeł i pierzyn. I te chwile gdy wystraszone ciało rzuca się nocą i wyje Boże mój zatracam się, wytrzepane zostaną i one jak pył, pyłem strata i strach jak ja nie znoszę tego wytrzepywania życia mojego wewnętrznego na zewnątrz. Spuchnięte poduszki snu przeraźliwie tłuczone pięściami i boję się drżę niech się w puch nie obrócą; kryształowymi testamentami snów są napchane. Wszystkie sny sen odziedzicza człowiek żadnego. Drżę, takie globalne wydziedziczenie nie zniosę by i je trzepano jak kurz. Trzepanie dywanów niech wyjdzie kurz z gniazd deseni niech runie z koloru mostów. I śpieszny krok to opętane tam i z powrotem po domu w płytkiej lojalności dywanów żeby nikt z dołu nie usłyszał co stąpa, żeby nie usłyszał co nie stąpa, zostanie wytrzepany i on jak kurz jak ja nie znoszę tego wytrzepywania życia mojego wewnętrznego na zewnątrz.
Żal mi gospodyń wysiłku ich bezpłodnego. Kurz nie znika, nie ucieka. Niekiedy czas odchodzi by czas spotkać nowy pakt kurzu zawarty zostaje. To wszystko co chroni nas przed nim — Czystość i Stabilność — to środki jego powrotu. Przynoszą go te pierwsze i najlepsze. Nigdy nie widziałam bardziej zakurzonych powierzchni niż one. Nawet Światło nieskazitelne radosny transport kurzu; prawdziwy cud widzieć go jak zastygły przechodzi przez promień słońca jakby stąpał po ruchomych schodach tych nowoczesnych, usypiających z wykastrowanymi stopniami. Przenosi się widoczny jak grubo mielony wiatr by ponownie wejść otwartymi oknami swoich otwartych praw. Nasz byt dom jego i przyszłość jego. Ja bałaganiara, daję mu osiąść. Dociekliwy na grzbiecie książki o Sędziwości. Na rozsądnej fotografii moich dzieci gdy te nosiły mnie białą wykrochmaloną idealnie okrągłą Matkę luźno od środka wszytą ukrytymi rzadkimi fastrygami na szkolnym fartuchu. Teraz w Dorosłość ubrane są moje dzieci ich fartuch kurz teraz nosi okrągły kołnierzyk, mnie nosi Matka kurz właśnie tak powinny być szyte więzi i zależności, rzadkimi luźnymi fastrygami by łatwo dały się odpruć. Nigdy nie odkurzam mosiężnego atlety zdobiącego wielki zegar z mosiądzu. Tak umięśnione jego kończyny zdają się być rozsrożone. Być może zmuszają go by trenował coś bardzo niewidzialnego, może by czas trenował może czas chce być w stanie biec szybciej niż biegnie. Wynik który raduje kurz. Siedzi na moim lustrze swoim lustrze, dałam mu je w prezencie. Jałowy przedmiot, cóż miałabym z nim począć. Przestałam zapominaiać na nim swoje twarze ochoty już nie mam by orać zmiany i duplikować się odmienną. Pozwalam mu posiedzieć pozwalam mu przychodzić kubłami niech przychodzi niech rozsypie się nade mną jak zmielona opowiastka wielkiej historii, pozwalam mu szybkiemu szybko przychodzić tak jak ten czas co trenuje biegać szybciej niż biegnie i siedzi sobie głęboko opasły kurz pozwalam mu siedzieć, wiekuje opaśle mnie okrywa, pozwalam mu by mnie okrywał pozwalam okrywa mnie byś mnie zapominał pozwalam mu byś mnie zapominał pozwalam zapominasz mnie zapominać mnie pozwalam ci bo nie znoszę tego wytrzepywania życia wewnętrznego na zewnątrz
z tomu „Moje ostatnie ciało”, 1981, tłum.: Leszek Paul
Mów. Powiedz coś, cokolwiek. Tylko nie stój jak stalowa nieobecność. Wybierz chociaż jakieś słowo, co wiąże cię mocniej z nieokreślonością. Powiedz: „niesprawiedliwie” „drzewo” „nagie”. Powiedz: „zobaczymy” „nieobliczalne” „ciężar”. Jest tyle słów śniących o ulotnym, niezależnym życiu z twoim głosem.
Mów. Przed nami tyle morza. Tam gdzie my się kończymy zaczyna się morze. Powiedz coś. Powiedz „fala”, co trwa w bezruchu Powiedz „łódź”, co tonie gdy ją przeciążasz intencjami. Powiedz “chwila”, która woła o pomoc, że się topi, nie ratuj jej, powiedz “nie słyszałem”.
Mów. Słowa mają między sobą wrogości, mają swoje rywalizacje: jedno z nich cię zniewoli uwolni drugie. Słowo z nocy wyciągnij w ciemno. Całą noc w ciemno. Nie mów „cała”, mów „najmniejsza” która pozwoli ci odejść. Najmniejsze uczycie, żal cały mój własny. Cała noc.
Mów. Powiedz „gwiazda”, która gaśnie. Ciszy nie pomniejszy jedno słowo. Powiedz „kamień” który jest słowem nie do rozbicia.
Właśnie tak, tak po prostu tak nazwę ten spacer nad morzem.
z tomu: „Trochość świata”, 1971, tłum.:Leszek Paul
W końcu gwóźdź łaski wbiłam w namiętność moją do ciebie Dokonało się wokół krzyż
i tak, bez lamentów obojętna ściągam zawinięty w białe prześcieradło moich włosów banitę zgasły pocałunek mój z odrzekających się twoich nóg z kwaśnych twoich ust
unoszę go sama nie ma już nawet tego fanatycznego ciężaru który osiąga pozbawienie kiedy dziedziczy go historia
jakże lekką pozostała śmierć mojej namiętności do ciebie zrozumiałe ciało wykradziono z jego wnętrza policz ile wieków krzewiło się szalone wijąc się na twoim lodowatym zaczepione odrzekaniu
i teraz kiedy odchodzą Mojry mirrę niosące jedna za drugą sama zostałam w tym pustym zdarzeniu
uchylam wieczko co przykrywa te tutaj zwłoki co piszę i smutna śmiejąc się zauważam
w jaki zmarszczony stetryczały obyczaj przerodził się mój eros jakim to gratem śmiesznym i daremnym brak twojej odpowiedzi
Dokonało się, Jezu mój.
A jednak celebrowałam i w tym roku obyczaj bólu pobożnie.
z tomu "Przeprowadziliśmy się ościennie", 2007, tłum.: Leszek Paul
Piątek dzisiaj pójdę na ryneczek przejdę się po zdekapitowanych ogrodach zobaczę woń majeranku pojmanego w pęczki.
Popołudniami chodzę ceny roszczeń spadają przystępną znajdziesz zieleń w fasoli kabaczkach pelargoniach lilijkach. Słyszę co dzielnie wysławiają drzewa obciętym językiem owoców krasomówcze stosów pomarańczy i jabłek koloru nabiera krztyna rekonwalescencji na ziemistych policzkach jakiegoś wewnętrznego oniemienia.
Rzadko coś kupuję. Dają ci tu do wyboru. Udogodnienie czy raczej kłopot? Sam wybierasz a potem jak uniesiesz ten nie do uniesienia ciężar własnego wyboru. Kiedy jak przyniesie jakże jest lekkie. Na początku. Bo potem rzucą konsekwencje cię na kolana. Nie do uniesienia i one. W gruncie to tak jakbyś sam wybrał.
Co najwyżej kupię trochę ziemi. Nie do kwiatków. Do spoufalenia. Tam nie ma do wyboru. Tam z zamkniętymi oczami.
z tomu „Okres dojrzewania niepamięci”, 1994, tłum.: Leszek Paul
Za każdym razem dziwią się w recepcji gdy o pokój jednoosobowy od frontu proszę. Patrzą na mnie jakbym domagała się śmierci z widokiem.
Morze w lombardzie zastawiłam powiedziałam sobie w tym roku wakacje w górach może poszum lasów odczaruje ten demoniczny syndrom powrotu co w okamgnieniu każdą moją ucieczkę zniewala. Gdy w ramiona weźmie mnie pomyślałam drzewa satyr pień może się i zakorzenię.
A w górach to samo. Pokój jakby ze stali i czyste lekkie powietrze tchnęło kłódkami. By się otworzyć walczyłam moim relanium lecz ono ode mnie było bardziej chore. Tak samo było w Pylos ta sama chaotyczna ucieczka z Syros dwa lata temu w Kalamacie przed rokiem po trzykroć gorsza pociąg przeładowany a płacze chcą do Aten wracać na piechotę. Taka mania prześladowań zawłada mi miejscami.
Czyżby brakowało mi twojej nieobecności? Nie jeździ ze mną zostawiam ją w domu. Bezwzględna komenda odmiany by nie deptała mi po piętach.
Jakże zachłanne jesteś Niepojęte. Tyle klarowności zawłaszczyłeś jako rękojmię i kurort uczyniłeś sobie teraz z tego niepojętego syndromu wroga mojego. Wracać natychmiast. Autobusem taksówką może złapię jakiś księżyc co też wraca na swój pusty plac.
Druzgocący zwyczaj. Nic wielkiego lecz jak mi się nie spodoba to jak ja wrócę z twych zaświatów Niepojęte.
z tomu „Okres dojrzewania niepamięci”, 1994, tłum.: Leszek Paul
Beczało koźlę uparcie ochryple. Otworzyłam piecyk z gniewem co wrzeszczysz spytałam goście cię usłyszą. Twój piecyk nie grzeje, beczy zrób coś inaczej wyposzczone zostanie święto okrucieństwo to wasze.